Archiwa kategorii: Inne

Nieprzypisane tematycznie posty, nie zawierające przepisów.

Ptysie z porzeczkową pianką

Nie będę wyjątkowo odkrywcza proponując Wam ten przepis :) Jest to typowy cukierniany klasyk, który mam wrażenie jest dzisiaj nieco wypierany przez inne wypieki. Teraz jednak macie okazję zrobić mały powrót do dzieciństwa i niskim kosztem przygotować takie piekielnie słodkie ptysie w domu. Piekielnie słodkie za sprawą bezy zaparzanej syropem porzeczkowym tzw. włoskiej. Zdradzę jeszcze, że poza sezonem, wykorzystać możecie sok z parowara (takiego, jaki ma moja babcia…), rozmrozić owoce lub skorzystać z zupełnie innych mających intensywny smak – malin, czy jagód (choć generalnie zalecam kwaskowate owoce – przełamują słodycz bezy). Zapomniałabym chyba o największej zalecie tych ptysiów – krem wcale nie rozmiękcza ciasta, jak dzieje się to w przypadku bitej śmietany (najgorszego pomysłu do nadziewania ptysiów…) czy nawet kremu budyniowego. Z porcji wychodzi około 30 niezbyt dużych sztuk, do dzieła :) Przepis na ciasto i krem minimalnie zmodyfikowany z MW.

Ciasto parzone:
250 ml wody (szklanka)
125 g masła
1/2 łyżeczki soli
1 szklanka maki pszennej
5 jajek (w oryginale są 4)

W garnku umieszczamy wodę i masło, gotujemy do rozpuszczenia, dodajemy sól. Cały czas mieszając, wsypujemy przesianą mąkę, powinno powstać ciasto, które zbije się w kulę. Wtedy zdejmujemy z ognia i odstawiamy na 15 = 20 minut do wystudzenia. Po tym czasie ciasto miksujemy (ja to robię zwykłym, ręcznym mikserem) i dodajemy po jednym jajku, 30 – 45 sekund miksujemy i dodajemy kolejne. Gotowe ciasto przekładamy do rękawa cukierniczego lub zwykłego woreczka do mrożeni żywności i ucinamy róg. Ciasto możemy też nakładać łyżką, zamoczoną w zimnej wodzie. Ptysie dobrze piecze się na papierze do pieczenia – 200 stopni przez 20 – 30 minut. Ja radzę minimalnie obniżyć temperaturę do 190 i opiec kilka minut dłużej, są wtedy ładnie wysuszone w środku, a nie są spalone z zewnątrz. Po wystudzeniu przecinamy tak aby powstał kapelusik :)

Pianka porzeczkowa:
4 białka z dużych jaj
280 g cukru
100 ml soku z porzeczek*

*porzeczki (około 250 – 300 g) wkładamy do garnuszka i gotujemy pod przykryciem (nie w wodzie!) z dodatkiem łyżki cukru. Gotowe przecieramy przez sitko z drobnymi oczkami.

W rondelku umieszczamy sok i cukier. Gotujemy do tzw. nitki. Ja zawsze robię to na oko (wtedy zawsze się udaje)- syrop powinien zacząć się pienić, ale nie powinien się skarmelizować. Jeżeli macie termometr cukierniczy – 118 stopni. W międzyczasie, ubijamy białka (można dodać do nich łyżkę cukru, będą bardziej stabilne). Cienkim strumieniem, wlewamy do ubitych białek syrop (tak, gorący) – piana powinna podwoić swoją objętość. Taki krem przekładamy do woreczka z tylką i nadziewamy ptysie. Zachowują one świeżość i chrupkość przez kilka dni. Złapać wilgoć mogą co najwyżej w lodówce, dlatego można z niej zrezygnować.


Strona na facebooku – zapraszam :)

Zapowiadałam w ostatnim wpisie, że „coś” się szykuje. Otóż właśnie wystartowała Strona facebookowa dedykowana przepisom z bloga. Być może dzisiaj nie znajdziecie na facebooku wszystkich przepisów z bloga, ale cierpliwości – będziemy to sukcesywnie nadrabiać :)

Zachęcam do lajkowania, udostępniania – korzystania. Dlaczego?

- będziecie na bieżąco z nowymi postami, publikowanymi na blogu

- w łatwy sposób skorzystać będziecie mogli z przepisów sezonowych – aktualnie mamy sezon komunijny i truskawkowy

- będziecie mogli sprawdzić opinie i komentarze facebookowiczów, często ich wskazówki okazują się pomocne

- sami będziecie mogli w prosty sposób komentować i oceniać (chyba każdy korzysta na co dzień z facebookowego konta)

- ułatwi Wam to gromadzenie sprawdzonych, ulubionych przepisów. Ile razy słyszeliście od rodziny czy znajomych „ale dobre to ciasto, dasz mi przepis?”, w 90 procentach, karteczka z nim i tak gdzieś odlatuje… W internecie nic nie ginie. Po co karteczka, jak można udostępnić linka?

- … no i dacie mi motywację do publikowania nowych przepisów :)

No tak, clou – po kliknięciu na ten link przekieruje Was na stronę

… a już wkrótce

… o nim też na facebooku ;)

Masa marcepanowa – idealna do dekorowania tortów

Jako dziecko nigdy nie miałam ręki do plasteliny. Gdy dorosłam, fondant – masę cukrową niby zrobić umiałam, ale lepienie z niej czegokolwiek nigdy większymi sukcesami się nie kończyło. Ostatnio natrafiłam na taki oto przepis na masę marcepanową (w sumie to masę o smaku marcepanowym, jednak o znacznie lepszych właściwościach plastycznych niż zwykły marcepan)… i dalej czekam na ten mój talent plastyczny, być może gdzieś głęboko we mnie schowany. Niemniej jednak wierzę, że taka masa we wprawionych i powołanych do tego rękach stać się może mini dziełem sztuki. Jednego jestem pewna, z masą marcepanową pracuje mi się lepiej niż z cukrową, nie zastyga tak szybko i daje się bez problemu formować w palcach. Dwa, mimo, że tak jedna jak i druga są niebywale słodkie i większość gości (nie licząc dzieciaków) masę zostawi na talerzyku, to jak dla mnie mimo wszystko ta masa jest bardziej zjadliwa. Z dwojga złego. No i składniki – najprawdopodobniej wszystkie, poza barwnikami macie teraz w kuchni, nie potrzeba glukozy czy też gliceryny albo planty. Minusy? Po zagnieceniu, masa nie uzyskuje takiego pięknego, śnieżnobiałego koloru, jest lekko żółtawa, zapewne za sprawą tłuszczu… chociaż jeżeli zamienilibyśmy go na plantę, to kto wie, czy efekt nie byłby lepszy – to zostawiam Wam do przetestowania ;) Tymczasem ja z masy zrobiłam tort urodzinowy. Masy z przepisu wystarczy, by przykryć taki duży. Oczywiście w internecie możecie trafić na masy z wykorzystaniem migdałów – bardzo drobno zmielonych. Jak dla mnie te gotowe zmielone się nie nadają, nie mam ich gdzie mielić, dlatego tego typu masa jest lepszym rozwiązaniem i mogę być pewna dobrego efektu (brak grudek migdałowych, jednolicie rozprowadzony kolor), podobno istnieje coś takiego jak mąka migdałowa. Nie spotkałam się z nią, ale myślę, że mogłaby zdać egzamin.

Kochani, przepraszam Was za tak długą przerwę. Zostałam bez sprzętu, który dalej nie działa idealnie. I mam teraz trochę zamieszania, bynajmniej nie związanego ze świętami (to pikuś). Udanego dekorowania świątecznych wypieków :)

Masa marcepanowa:
125 ml wody (pół szklanki)
60 g masła/margaryny (może też być olej lub inny tłuszcz)
150 g mąki pszennej
400 – 500 g cukru pudru, dokładnie przesianego
1/2 olejku migdałowego
barwniki (jeżeli posługujecie się takimi w proszku, najpierw rozprowadźcie je dokładnie w łyżeczce oleju – masa lepiej, równomierniej się zabarwi)

Wodę i tłuszcz umieszczamy w rondelku i zagotowujemy. Dodajemy stopniowo mąkę, tak aby zrobiła nam się zwarta kula, podobna do tej na ciasto ptysiowe (tak, pierwszy etap przypomina robienie ciasta parzonego). Kulę ciasta wzbogacamy o olejek i odstawiamy do wystudzenia, ma mieć najwyżej temperaturę pokojową. Stolnicę obficie posypujemy cukrem pudrem i wykładamy na nią kulę ciasta – zagniatamy, tak aby wchłonęła cukier puder i znów podsypujemy. Gdy ciasto uzyska już pożądaną konsystencję, dodajemy wybrany barwnik (oszczędnie, w razie czego, można zawsze dodać) i na podsypanej cukrem pudrem stolnicy zagniatamy raz jeszcze „rozcierając” ciasto jakoby między dłonią a stolnicą. Taka metoda pozwoli na wydobycie koloru z barwnika i jego równomierne rozprowadzenie.

Gotową masę wałkujemy cienko na stolnicy podsypanej cukrem pudrem i układamy na cieście. Aby, dobrze się trzymała, a jednocześnie nie rozpuściła, tort powinien być pokryty bądź kremem maślanym, bądź maślano – budyniowym. Wszelkie dekoracje można łatwo przymocować, smarując wybrane miejsce pędzelkiem zanurzonym uprzednio w ciepłej wodzie. Tort na zdjęciu przetrwał od popołudnia (14 – 15) jednego dnia do zdjęć robionych w okolicach południa dnia następnego. Równie dobrze trzymał się później, a dekoracje przymocowane w ten sposób nie odpadły, zatem polecam.

Pytanie do znawców – róża czy raczej goździk?

Róże Karnawałowe

Kruche, delikatne i co tu dużo mówić - urocze. To tak na prawdę faworki w wersji delux, z ulubiona konfiturą.

Ciasto:
3 szklanki mąki pszennej
1/2 łyżeczki soli
szczypta sody
1 łyżka cukru wanilinowego
2 żółtka z dużych jaj
ok. 3/4 szklanki śmietany 18 proc. (lub więcej)
2 łyżki ekstraktu waniliowego/wódki/spirytusu/octu
+ odrobina białka
+ miękka marmolada/dżem i 2 łyżki cukru pudru

Składniki na ciasto umieszczamy w misce i wyrabiamy do uzyskania ciasta w konsystencji przypominającego takie na pierogi, nieco twardszego. Gotowe ciasto uderzamy jeszcze przez kilka minut wałkiem po czy na lekko oprószonym blacie wałkujemy dosyć cienko. Trzema kieliszkami o różnej średnicy wycinamy taką samą ilość kółek - każde z nich po bokach lekko nacinamy nożykiem. Środek dużego i średniego smarujemy białkiem i układamy jeden na drugim po czym dociskamy palcem na środku, aby dokładnie się skleiły. Litr oleju rzepakowego (ewentualnie smalcu) rozgrzewamy i wrzucamy do niego róże - najmniejszym krążkiem do dołu. Po chwili powinny wypłynąć, gdy się zarumienią odwracamy jeszcze na moment do góry nogami, aby i spód największego krążka mógł się usmażyć. Odsączamy na ręczniku papierowym, posypujemy cukrem, a na środek wykładamy porcję marmolady. Z przepisu otrzymamy około 30 róż w zależności od grubości ciasta i średnicy kieliszków.


Pączki ziemniaczane z marmoladą różaną

Przepis upatrzyłam sobie już rok temu. Upatrzyłam po nieudanej próbie z innego, kiedy to ciasto już po uformowaniu krążków (i niestety nadzianiu) nie chciało się odkleić. Próby smażenia (gdy pączka już odkleiłam był tak podziurawiony, że nadzienie wypływało i paliło się w oleju na węgiel) tak mnie wtedy zniechęciły, że odpuściłam. Gdzieś tam też czułam dozę niepewności, ponieważ… smażenie nadzianych pączków nigdy nie było moją mocną stroną. Wolałam do zrobić szprycą już po usmażeniu. Tym razem na całe szczęście wyszły wszystkie. Kładziemy je po prostu na blacie obficie obsypanym mąką, a przed samym smażeniem strzepujemy, lub usuwamy pędzelkiem nadmiar. Przepis zredukowany o połowę i nieco zmodyfikowany pochodzi z tego bloga. Otrzymamy dużą blaszkę delikatnych i puchatych pączków. Takich niemal klasycznych, myślę, że nikt nieuprzedzony nie domyśli się, że w składzie znajdziemy ziemniaczane bulwy :)

Ciasto
500 g ziemniaków (ugotowanych w osolonej wodzie i przeciśniętych 2-krotnie przez praskę, najlepsze będą odmiany mączyste)
60 ml mleka
50 g drożdży
3 łyżki cukru
2 jajka M
500 g mąki pszennej tortowej
1 łyżka wódki
60 g roztopionego masła (w oryginale olej)
+ mały słoiczek marmolady różanej lub gęstej konfitury

W ciepłych ziemniakach robimy zagłębienie do którego wlewamy mleko, to z lodówki powinno za chwilę ocieplić się. Do mleka wkruszamy drożdże i dosypujemy cukier, odstawiamy na kwadrans. Gdy drożdże się rozpuszczą i zaczną pienić, dodajemy rozbełtane jajka i 450 g mąki – ciasto wyrabiamy ręką. Do ciasta dolewamy wódki i dosypujemy resztę mąki cały czas wyrabiając. Gdy całość będzie jednolita, dolewamy po 1-2 łyżki masła i kontynuujemy wyrabianie. Gotowe ciasto przekładamy do miski oprószonej mąką i odstawiamy na 30 – 45 minut, aby wyrosło.

Blat posypujemy mąką i wykładamy nań ciasto. Wałkujemy nie za cienko na 2-2,5 cm i wykrawamy krążki dużą szklanką. Na środku każdego umieszczamy porcję marmolady i zlepiany brzegi. Uformowane pączki przekładamy zlepieniem do dołu na blat lub na blaszkę obsypaną mąką i odstawiamy na pół godziny w ciepłe miejsce. Po tym czasie rozgrzewamy olej rzepakowy (w zależności od wielkości garnka 1 – 1,5 litra powinno wystarczyć) i smażymy po mniej więcej 3 sztuki z obu stron. Odsączamy z nadmiaru tłuszczu na papierowych ręcznikach.

Lukier:
3-4 łyżki soku pomarańczowego (wyciśniętego z pomarańczy, nie z kartonika!)
3/4 szklanki cukru pudru

Sok łączymy z przesianym cukrem pudrem. Oblewamy nim usmażone pączki (nie muszą być wystudzone).

Crumblee z jabłkami – szybsza i prostsza szarlotka

Czasem siedzenie w kuchni i wylepianie foremek ciastem, kombinowanie, wałkowanie nas po prostu przerasta. A chcemy coś słodkiego na już. Oczywiście wyjściem jest cukiernia, piekarnia lub pobliski supermarket, ewentualnie kawiarnia. Jednak wiedzcie, ze bez wychodzenia z domu też można, jest szybko, tanio i nawet bardziej smacznie. Dlaczego? W naczyniu znajdziemy gorące, cynamonowe jabłka obsypane kruszonką na bazie prawdziwego masła i orzechów oraz zdrowych płatków owsianych, zamiast mąki… i mąki. Możecie się ze mną ie zgodzić, ale ta wersja najprostszego crumble mimo, że może nie tak wystawna, nie da się go podzielić na równiutkie kawałki smakowo przebija większość szarlotek, które miałam okazję jeść. Upiekliście i się ze mną nie zgadzacie? Podeślijcie mi przepis na tę cudowną szarlotkę :) Witam Was w roku 2017!

Nadzienie jabłkowe:
około 5 – 6 średnich jabłek
1 łyżka cukru
sok z 1/2 cytryny
cynamon

Jabłka obieramy. Ja zazwyczaj połowę ścieram na tarce o dużych oczkach a drugą kroję w kosteczkę. Przekładamy do naczynia żaroodpornego, posypujemy cukrem, cynamonem i skrapiamy sokiem z cytryny – mieszamy. Jabłka wkładamy do piekarnika na 20 minut, nie musi być on od razu nagrzany. W międzyczasie bez pośpiechu zagniatamy kruszonkę.

Kruszonka
70 g dobrego masła
70 g cukru
100 g mąki pełnoziarnistej (u mnie żytnia)
40 g płatków owsianych (mogą też być żytnie, pszenne, orkiszowe)
2 łyżki posiekanych orzechów włoskich

Wszystkie składniki zagniatamy ze sobą i rozcieramy między palcami. Kruszonka posypujemy jabłka w miarę równomiernie i pieczemy w piekarniku nagrzanym do 200 – 210 stopni do zrumienienia. Podajmy jeszcze gorące.

Dekoracje z lukru królewskiego (na Halloween i nie tylko)

Mnóstwo zadań, a doba ma tylko 24 godziny. Rzecz jasna czas na robienie – mini oczek z lukru królewskiego zawsze się znajdzie :) Nawet kosztem 4 godzinnego snu 5 dzień z rzędu. Co z tym lukrem? Otóż robimy taki trochę gęstszy niż zazwyczaj, dodajemy ulubiony barwnik, ładujemy w woreczek do mrożenia, ucinamy róg i do dzieła. A co mi z tego całego niecnego procederu lukrowego wyszło zobaczycie… w następnym poście.

składniki
białko z 1 jajka
cukier puder – niecałe 2 szklanki (dodajemy i obserwujemy)
barwniki spożywcze, najlepiej w proszku

Białko mieszamy widelcem, dodajemy stopniowo przesiany cukier puder. Gdy masa odpowiednio zgęstnieje i nabierze białej barwy, dodajemy barwniki. Lukier umieszczamy w woreczku do mrożenia (jest wytrzymały), ucinamy róg i aplikujemy lukier na papier do pieczenia. Dekoracje zostawiamy an kilka godzin do wyschnięcia.

Lodowe Tiramisu

Powiem szczerze, że nie przewidziałam takich wielkich upałów i już szykowałam się na jesienne, ciężkie piernikowe smaki. Tymczasem gdy termometr pokazuje przeszło 30 stopni, warto zaopatrzyć się coś chłodniejszego. Sklepowe półprodukty warto w domowym zaciszu uszlachetnić. Bez zabawy w pieczenie, kręcenie lodów… tak na szybko. Zapraszam!

Lodowe Tiramisu:
około paczki okrągłych biszkoptów
200 ml wystudzonej mocnej kawy (posłodziłam łyżką cukru)
kilka łyżek amaretto
litr lodów waniliowych lub waniliowo – czekoladowych
kakao do oprószenia

Wystudzona kawę łączymy z amaretto. Keksówkę wykładamy folią aluminiową (można też użyć naczynia żaroodpornego). Biszkopty maczamy z przygotowanym płynie i warstwą układamy na spodzie foremki, a następnie przykrywamy warstwą lodów (powinny być kremowe, przynajmniej godzinę wcześniej wyjęte z zamrażarki), na to wykładamy znów biszkopty a następnie pozostałe lody i biszkopty. Wkładamy na kilka godzin do zamrażarki. Przed podaniem posypujemy kakao.

Lody bananowe z bakaliami + konkurs

Upał. A podobno w najbliższym czasie ten stan rzeczy ma nie ulegać zmianie. Czy macie może pod ręką wolną siatkę bananów? Najlepiej takich, które przybrały już brązowe kropeczki. To świetnie! Bo z rana czeka Was miłe, owocowe orzeźwienie ;)

lody:
3 banany (w czarne kropeczki będą najlepsze)
1 łyżka jogurtu (opcjonalnie – ułatwia blendowanie)
3 łyżki rodzynek (dorośli mogą je namoczyć przez noc w rumie/amaretto)
garść podprażonych i posiekanych orzechów włoskich lub płatków migdałowych
4 kostki czekolady – posiekane

Banany wkładamy na noc do zamrażarki. Rano kroimy je w kawałki (ułatwimy w ten sposób blendowanie) i miksujemy na gładką masę – ja dodałam jogurtu. Mieszamy gładka pastę z dodatkami i natychmiast podajemy lub…

wkładamy na 1 – 2 godziny do zamrażarki, a przed podaniem mieszamy
gdyby lody (sorbet?) postały tam zbyt długo, a mielibyśmy ochotę zjeść je teraz to wystarczy dolać do nich odrobinę alkoholu (sprawdziłam z amaretto – pasuje idealnie), na początku rozdrobniłam je na kawałki widelcem, później pomyślałam, że mogłam je równie dobrze zblendować.

Uwaga, jest to względnie mała porcja, która szybko znika. Przygotowując deser dla całej rodziny wykorzystałabym więcej owoców. Czy polecam? O tych lodach słyszałam już dawno i żałuję, ze dopiero teraz skusiłam się na nie ;) Polecam też wersję saute – przy przygotowaniu trochę udało mi się podjeść…

KONKURS

Nieskromnie pochwalę się, że biorę udział w konkursie. Jest on w takiej fazie, że jego wygrana nie zależy już ode mnie. Zbieram Wasze głosy i walczę o staż.

Pod TYM linkiem możecie oddać na mnie swój głos. W tym celu na mapce wybieracie województwo opolskie i wybieracie 5 osobę z listy alfabetycznej (czyli mnie).

A o jakie nagrody Wy walczycie?

Dokładnie o jedną z 300 nagród dodatkowych. No tak, w sumie przewidziano ich więcej dla głosujących niż dla laureatów :) Też musicie się wykazać – odpowiadając na krótkie (i zapewniam, że proste) pytanie, które wyświetli się po oddaniu głosu.

Kochani, liczę na Was :) I trzyma kciuki za to, aby to któremuś z Czytelników bloga również się poszczęściło :)

Jeżeli jesteście zainteresowani konkursem (zapewne za rok kolejna okazja, tym razem dla Was) to zapraszam na jego stronę główną.
Z dziećmi i dla dzieci 2016Z dziećmi i dla dzieci 2016

Rurki z kremem – a co gdy brak foremek?

No właśnie. Rarytas, dla wielu smak dzieciństwa, dla wielu coś nieosiągalnego. W działach ze sprzętem kulinarnym znajdziemy patelnie, pędzelki, foremki do wykrawania, okrągłe tortownice, silikonowe keksówki, foremki na muffinki w mniej lub bardziej tradycyjnym wydaniu, łyżki do lodu, foremki na lód, czekoladki i inne cudeńka. Nigdzie nie ma foremek do rurek, czy do orzeszków. Trzeba zamawiać przez internet… albo i nie. Zwiedziłam całe miasto wojewódzkie, sklepy mniejsze i większe – i nic. Ostatecznie poprzestałam na zakupie spinacza za 7,50 i rolki folii aluminiowej. Czyli dałam mniej więcej tyle ile zapłacić musiałabym za foremki z netu. Ale mam własne i teraz mogę je już wytwarzać w ilości hurtowej. No i się może niektórym wydawać – wcale nie muszą być jednokrotnego użytku. A przepis się sprawdza i to bardzo. Dodaję stary i sprawdzony przepis na tzw. ciasto półfrancuskie na śmietanie. Łatwe, tanie i ze składników, które najprawdopodobniej znajdziecie już teraz w swojej lodówce. Po raz pierwszy robiłam je z kremem ajerkoniakowym, za drugim z czymś lżejszym. Nadziewanie rurek warto zostawić sobie na godzinę lub dwie przed podaniem -wtedy nie zmiękną. Choć ja spotkałam się z opiniami, ze na drugi lub 3 dnień są właśnie najlepsze i to wtedy schodziły najszybciej. Polecam!

Ciasto półfrancuskie na śmietanie:
1 szklanka śmietany 18%
250 g masła lub margaryny
szczypta soli
50 dag mąki pszennej
+ cukier do obtaczania (opcjonalnie)

Masło kroimy w kosteczkę, aby się lepiej wyrabiało. Umieszczamy wszystkie składniki w misce i stopniowo dosypując mąkę wyrabiamy. Gotowe ciasto wkładamy na 1 – 2 godziny do lodówki (lub na całą noc – zazwyczaj tak robię). Po tym czasie ciasto wyjmujemy i wałkujemy na podsypanym mąką blacie dosyć cienko. Z ciasta wycinamy paski o szerokości 1-2 cm – możliwie jak najdłuższe (aby rurkę móc owinąć jednym paskiem). Rurki smarujemy kawałkiem margaryny i owijamy dookoła pasek ciasta tak, aby cały czas na siebie lekko nachodził. Rurkę z jednej strony obtaczamy w cukrze lub cukrze wanilinowym wysypanym na talerzyku. Układamy „pustą” stroną na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia (ważne aby rurki nie były zbyt blisko siebie, zauważyłam, ze wtedy z jednej strony są blade). Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 200 stopni do zezłocenia, studzimy i zdejmujemy z foremki. Z porcji ciasta wychodzi około 30 dużych rurek (mniejszych, ze sklepowych foremek nawet 60).

A co, gdy nie mamy foremek?
Jak już wspomniałam wyżej – czasem takie foremki jest ciężko kupić. Lub dostępne są w internecie, ale przychodzi weekend a nam nie chce się czekać do środy aż zamówione przyjdą. Wtedy należy zakupić:
=> zszywacz (wraz ze zszywkami)
=> rolkę folii aluminiowej (na pewno znajdziecie w domu, choć kilka jej płatów tu zużyjecie)
=> przejrzeć szafki z przyborami biurowymi, szuflad ze słodyczami w poszukiwaniu tekturek – sprawdzą się takie z bloków rysunkowych, opakowań po bombonierkach itd., ewentualnie można zakupić solidny blok techniczny (nie nadadzą się kartony – pamiętajcie, że ostatecznie rurki musicie zszyć zszywaczem)

Krok 1
Na tekturce odrysowujemy duży talerz (lub jego połowę) i wycinamy. Następnie nasze koło dzielimy jak tort – na 4 części.

Krok 2
Odrywamy kawałek foli aluminiowej i zawijamy w nią każdy z kartoników. Ja obijałam błyszczącą stroną do zewnątrz, bo odnoszę wrażenie, że jest ona bardziej gładka. Pamiętajcie, że musicie to pozaginać w taki sposób aby z tej strony wszystko było gładkie.

Krok 3
Rurkę zwijamy i spinamy spinaczem. Pamiętajmy, ze musimy zachować kształt lekko stożkowy (średnica jednego otworu musi być mniejsza od drugiego). Zauważyłam, że dobrze jest to zrobić przy samym końcu, wtedy nic nie odstaje i ciasto po upieczeniu łatwiej zdjąć.

Pieczenie:
Przed pieczeniem należy rurkę posmarować masłem lub margaryną. W czasie zdejmowania dobrze jest pomóc sobie i lekko wypchnąć rurkę trzymając za wystający trójkąt, drugą ręka obejmując delikatnie rurkę. Po zakończeniu pieczenia rurki można przetrzeć wilgotną a następnie suchą ściereczką, włożyć (ostrożnie!) jedną w drugą i przechowywać do kolejnego pieczenia.



Filmik instruktażowy nie jest mojego autorstwa, ale w razie niejasności odsyłam Was do niego po kliknięciu w link. U mnie z nieco szerszym otworem (nie stricte stożkowe) – takie rurki łatwiej jest nadziać ;)

Krem ajerkoniakowy (advocatowy):
2 i 1/2 szklanki mleka
1 szklanka ajerkoniaku
2 – 3 żółtka
1/2 szklanki cukru
4 czubate łyżki mąki pszennej
2 czubate łyżki mąki ziemniaczanej
200 g masła (miękkiego)
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego (opcjonalnie)

2 szklanki mleka zagotowujemy, gdy całość zacznie wrzeć dodajemy likier. W misce ucieramy żółtka z cukrem na kogel mogel – dolewamy mleka, następnie dodajemy przesianą mąkę i mieszamy. Gdy mleko z likierem zacznie wrzeć – wlewamy mieszankę i intensywnie mieszamy gotując do zgęstnienia. Budyń studzimy. Po przestudzeniu miksujemy masło an puch – dodając ekstrakt do smaku. Do ubitego masła dodajemy po łyżce wystudzonego budyniu ajerkoniakowego. Krem przekładamy do szprycy i nadziewamy nim wystudzone rurki.

Krem II:
600 ml mleka
1/2 szklanki cukru
1 opakowanie budyniu (dowolny smak)
1 łyżka żelatyny (namoczona w niewielkiej ilości wody)
300 ml śmietanki
truskawki (lub inne owoce)

Gotujemy budyń. Do gorącego dodajemy namoczoną żelatynę a następnie studzimy do temperatury pokojowej. Schłodzona śmietankę ubijamy i dodajemy stopniowo zmiksowany budyń. Nadziewamy rurki – podajemy z owocami. Rurki z tym kremem szybciej miękną.

Z dziećmi i dla dzieci 2016Uczta pod gołym niebem 2016Piecz - tak od podstaw