Archiwa tagu: parzone

Choux au craquelin (ptysie z kruszonką) z kremem truskawkowo-kokosowym

Coś ostatnio jest zbyt różowo na tym blogu. To niedobrze. Mam dla Was propozycję. Na Dzień Ojca, na weekendową ucztę… Zdecydujecie sami. Ten przepis to małe combo – krem truskawkowy Pawła Małeckiego, po mojej małej modyfikacji (no nie mogłam się przełamać, bałam się, że mleko krowie zamieni się w truskawkowy twarożek), przepis na ciasto ptysiowe z bloga Justyny z Bake off oraz chrupki krem z wiórkami kokosowymi – według mojej zachcianki. Mimo solidnej ilości cukru w kruszonce, ciastka nie są przesłodzone, ponieważ kremy i ciasto parzone balansują smak chrupki. Kiedy Goście wieczorem wpadli… ciacha znikały jedno za drugim. A to ważne. Aby ciasto ptysiowe nie rozmiękło, należy nadziewać ptysie bezpośrednio przed jedzeniem. Takie są najlepsze :)

Ciasto parzone:
1/2 szklanki mleka (125 g)
1/2 szklanki wody lub śmietanki (125 g)
1 łyżeczka soli
125 g masła
150 g mąki pszennej
5 jajek M (250 g)
+ kruszonka (po 100 g mąki pszennej, cukru i masła)

Zaczynamy od zrobienia kruszonki. Z racji tego, że mało w niej mąki, ciężko się z nią pracuje i musi być schłodzona. Z podanych składników wyrabiamy ciasto i wkładamy na godzinę do zamrażarki.

W rondelku umieszczamy mleko, wodę/śmietankę, sól oraz masło – doprowadzamy do wrzenia. Do wrzącej masy, cały czas mieszając dodajemy mąkę. Nie należy się przejmować grudkami, tylko mieszać gotując na niewielkim płomieniu. Po chwili ciasto powinno zacząć odklejać się od ścianek rondelka. Wtedy zdejmujemy je z ognia i odstawiamy do przestudzenia. Po 15- 20 minutach, zaczynamy miksować ciasto, dodając stopniowo po jednym jajku.


Na blaszkę wyłożona papierem do pieczenia wykładamy porcje ciasta. Należy pamiętać, że w czasie pieczenia sporo urośnie (nawet bez dodatku proszku do pieczenia czy sody). Odstępy powinny być takie jak na zdjęciu lub większe. Z tej porcji ciasta, wyszło mi 21 ciastek.

Ciasto na kruszonkę wałkujemy między dwoma arkuszami papieru do pieczenia (przykleja się). kieliszkiem wykrawamy okręgi o średnicy zbliżonej do ptysiów. Na wierzchu surowego ptysia układamy po plasterku ciasta kruchego.

Piekarnik nagrzewamy do 200 stopni. Wkładamy ptysie do środka po czym redukujemy temperaturę do 180 i pieczemy do zrumienienia – około 30 minut. Studzimy.

krem truskawkowy:
300 g zblendowanych truskawek
300 g mleka kokosowego
60 g cukru (3 łyżki)
2 opakowania budyniu truskawkowego (w ostateczności może być też zwykły śmietankowy)
100 g masła min 82% tł.

Połowę mleka kokosowego, proszek budyniowy i cukier mieszamy ze sobą w miseczce. Puree truskawkowe z dodatkiem drugiej części mleka kokosowego doprowadzamy do wrzenia. Dodajemy rozrobiony budyń i gotujemy do zgęstnienia, cały czas mieszając. Budyń odstawiamy na kwadrans, żeby lekko się przestudził. Do ciepłego dodajemy masło pokrojone w kostkę i mieszamy. Schładzamy w lodówce.

krem kokosowy:
400 ml mleka kokosowego lub zwykłego
100 g wiórków kokosowych
40 g cukru
1 opakowanie budyniu waniliowego
100 g masła

Do mleka dodajemy wiórki kokosowe, budyń przygotowujemy wg zaleceń. Masło, pokrojone w kawałki dodajemy do ciepłego budyniu i studzimy. Krem wstawiamy do lodówki.

Upieczone ptysie kroimy na pół. Uzupełniamy je kremem i nakładamy drugą część. Na wierzchu, tylką do dekorowania robimy rozetkę i posypujemy cukrem pudrem. Układamy truskawkę lub kokosową pralinkę.



Pączki na cieście zaparzanym

Tych pączków nie byłam do końca pewna do momentu, aż pierwszego z nich nie przełamałam i nie ujrzałam tej genialnej struktury. Mimo to obawiała się też smaku, ale jak się okazało – bezpodstawnie. Pączki te są inne od typowo piankowych, delikatnych pączków na ziemniakach czy na śmietanie (choć tu też znajdziecie jej dodatek), mają tą cudowną, chrupką skorupkę której ja w tego typu deserach poszukuję. Plusem jest też ich łatwość w formowaniu, czego próżno szukać u innych pączków. Tutaj po prostu nie wymaga się tego obfitego podsypywania mąką przez co olej się prawie nie pali (u mnie po całej serii pączków jest niemal idealnie żółty i klarowny). Samo przygotowywanie ciasta przypomina raczej robienie ciasta na ptysie niż na pączki. Smak? Nie ma wątpliwości, że są to pączki drożdżowe, ale ta chrupkość skorupki może nasunąć skojarzenia z tymi serowymi. Składniki nie są wyszukane, znajdziecie je w każdej kuchni. Czy szkodzi spróbować? :)

Składniki:
500 ml mleka
125 g masła
2 duże jajka
100 g cukru
50 g drożdży
3 łyżki śmietany
1 kg mąki pszennej tortowej
2 łyżki spirytusu
opakowanie cukru z prawdziwą wanilią
+ marmolada do nadziewania

Mleko i masło umieszczamy w rondelku, ważne aby ten nie miał skłonności do przypalania się! Pokruszone drożdże mieszamy ze śmietaną i połową cukru. Mleko z masłem stawiamy na palniku i gdy te zaczną wrzeć, dosypujemy około połowy maki – masa szybko zacznie gęstnieć. Masę odstawiamy do lekkiego przestudzenia. Jajka ucieramy na puszystą masę wraz z połową cukru i cukrem z wanilią, dodajemy je do całości wraz z płynnymi i pracującymi drożdżami. Masę wyrabiamy dosypując stopniowo mąki i dolewając alkohol. Gotową wkładamy do miski wysypanej mąką i odstawiamy an godzinę do wyrośnięcia.

Ciasto wałkujemy na blacie podsypanym mąką i wycinamy krążki. Z tym ciastem pracuje się lepiej niż z tradycyjnym. Na środku krążka umieszczamy łyżeczkę marmolady i zakrywamy drugim, zlepiamy palcami brzegi i odcinamy ponownie tą samą szklanką, aby wyrównać kształt. Pączki odstawiamy do wyrośnięcia (zimą sprawdzi się piekarnik włączony na parę minut). Litr oleju podgrzewamy tradycyjnie do temperatury 170 – 175 stopni (ja robię to na oko, obserwując „bąbelki”) i smażymy po 3 sztuki. Gotowe odsączamy na ręczniku papierowym z nadmiaru tłuszczu i lukrujemy bądź posypujemy cukrem pudrem.